Badanie opublikowane w 2014 roku w „JAMA Psychiatry” wykazało, że osoby, dla których religia lub duchowość są bardzo ważne, mają grubszą korę w niektórych obszarach mózgu, a część tych różnic była wyraźniejsza u osób z rodzinnym ryzykiem depresji. Piszę o tym, co z tego badania wynika, czego nie dowodzi i dlaczego ten temat jest mi tak bliski.
Na jednym z wyjazdów związanych z rozwojem duchowym dotarło do mnie coś, co zostało ze mną do dziś.
Patrzyłam na ludzi, którzy szukali połączenia. Z „górą”, z Bogiem, ze wszechświatem, z czymś większym od siebie. Każdy nazywał to trochę inaczej. Miałam wrażenie, że za tym szukaniem stoi ogromna tęsknota. Żeby wreszcie coś poczuć. Wiedzieć, że nie jest się samemu. Że poza tym, co można zobaczyć i dotknąć, jest jeszcze coś.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że ja nigdy nie miałam inaczej.
Nigdy nie znałam życia bez poczucia tego połączenia.
Mogłam nie wiedzieć, co zrobić. Mogłam być zmęczona, wściekła, rozczarowana ludźmi i tym, jak wygląda świat. Ale pod tym wszystkim było moje „wiem”. Moje „czuję”. Pewność, że jestem częścią czegoś większego.
Nie mam potrzeby nikomu tego udowadniać. Nie potrzebuję też, żeby ktoś uznał moje doświadczenie za swoje. Tak po prostu przeżywam świat.
Na tamtym wyjeździe po raz pierwszy tak mocno uświadomiłam sobie, że coś, co dla mnie jest naturalne, dla kogoś innego może być przedmiotem wieloletnich poszukiwań. I poczułam współczucie. Pomyślałam, jak trudno musi być tęsknić za takim oparciem i nie móc go poczuć. Jak samotna może być ta otchłań, kiedy człowiek bardzo potrzebuje sensu, a nic mu nie odpowiada.
Nie mówię tu o wszystkich osobach niewierzących. Mówię o cierpieniu ludzi, którzy szukają i wciąż czują brak.
Co ma z tym wspólnego mózg?
Właśnie dlatego zainteresowało mnie badanie opublikowane w 2014 roku w „JAMA Psychiatry”.
Zespół Lisy Miller zbadał 103 dorosłe osoby, z rodzinnym obciążeniem depresją i bez niego. Badacze pytali o znaczenie religii lub duchowości w ich życiu oraz o uczestnictwo w nabożeństwach. Zbadali też grubość kory mózgowej za pomocą rezonansu.
U osób, dla których religia lub duchowość były bardzo ważne, stwierdzono grubszą korę w niektórych obszarach mózgu. W części obszarów związek ten był silniejszy u osób z rodzinnym ryzykiem depresji. Nie zaobserwowano analogicznego związku z samą częstotliwością chodzenia na nabożeństwa.
Autorzy zasugerowali, że takie różnice mogą mieć znaczenie dla odporności na depresję. Ale to niewielkie badanie obserwacyjne: nie dowodzi, że duchowość spowodowała te zmiany ani że chroni konkretną osobę przed zachorowaniem.
Dla mnie to ciekawy trop. Pytanie o to, jakie znaczenie dla naszego funkcjonowania może mieć coś tak osobistego jak wewnętrzne poczucie więzi.
Badanie nie sprawdziło mojego połączenia ze wszechświatem. Nie potwierdziło ani nie unieważniło tego, co czuję. Dało mi jednak powód, żeby opowiedzieć o czymś, co uważam za ważne, a co łatwo pomijamy w rozmowach o dbaniu o siebie.
Odeszliśmy od Kościoła. A co zrobiliśmy z duchowością?
Myślę, że część z nas, odchodząc od Kościoła, została z pytaniami, na które nie znalazła już innego miejsca.
Rozumiem to odejście. Rozumiem sprzeciw wobec krzywdy, hipokryzji, strachu czy narzucania ludziom, jak mają żyć. Nie zamierzam nikogo przekonywać do powrotu ani wybielać instytucji.
Zastanawiam się jednak, czy czasami razem z instytucją nie odrzuciliśmy całej duchowej części życia.
Co zostało w miejscu modlitwy? W miejscu zatrzymania? Gdzie rozmawiamy o śmierci, nadziei, sensie i o tym, czego nie potrafimy kontrolować? Gdzie możemy pobyć ze swoją bezradnością bez natychmiastowego planu naprawczego?
Nie każdy potrzebuje religii. Nie każdy nazywa swoje doświadczenie duchowością. Można budować głęboki sens w relacjach, wartościach, przyrodzie, działaniu dla innych. Ale jeśli po odejściu zostaje pustka, warto ją zauważyć. Samo odrzucenie cudzych odpowiedzi nie daje nam jeszcze własnych.
Można nie chcieć Kościoła i nadal potrzebować życia duchowego.
Można szukać swojej drogi bez oddawania komukolwiek prawa do decydowania za nas.
Ciało, intelekt i ta część, która potrzebuje sensu
Dla mnie człowiek jest istotą cielesną, intelektualną i duchową. Tak go rozumiem. Tak rozumiem też siebie.
Potrzebuję dbać o ciało. Potrzebuję myśleć, uczyć się, rozumieć. Potrzebuję również kontaktu z tym, czego nie umiem zamknąć w zadaniu, wyniku ani rozsądnym wyjaśnieniu.
Dla mnie jest w tym las. Cisza. Moje połączenie ze wszechświatem. Chwile, w których nie muszę niczego organizować, nikomu pomagać ani udowadniać swojej wartości. Mogę po prostu być.
I nie chcę traktować tej części siebie jak czegoś wstydliwego tylko dlatego, że nie wszystko potrafię wyjaśnić.
Mam poczucie, że właśnie na tę część życia często brakuje nam miejsca. Potrafimy bardzo dużo robić ze sobą i dla siebie, a jednocześnie nie zatrzymać się przy pytaniu: czy ja w ogóle czuję więź z własnym życiem? Czy jest w nim coś, na czym mogę się oprzeć, kiedy nie wychodzi?
To moja refleksja, nie wynik rezonansu. Badanie Miller nie mówi nam, że las, pomaganie czy poczucie sensu działają tak samo jak deklarowana w nim religijność lub duchowość. Nie potrzebuję dopisywać mu takich wniosków, żeby uznać te pytania za ważne.
Duchowość nie musi oznaczać wiecznego poszukiwania
Z tamtego wyjazdu zostało ze mną jeszcze jedno pytanie: czy w rozwoju duchowym też można utknąć w przekonaniu, że ciągle czegoś nam brakuje?
Jeszcze jeden warsztat. Jeszcze jedna metoda. Jeszcze ktoś, kto powie, jak odnaleźć połączenie. Jakby za każdym razem miało się okazać, że jesteśmy o krok za daleko od czegoś, do czego inni mają już dostęp.
Nie chcę odbierać wartości poszukiwaniom. Chcę tylko zostawić miejsce na możliwość, że nie zawsze trzeba szukać dalej. Czasem warto sprawdzić, co już czujemy, kiedy nikt nam nie mówi, co powinnyśmy poczuć.
Moje „wiem” i „czuję” nie daje mi odpowiedzi na wszystko. Nie sprawia, że życie przestaje boleć. Jest jednak czymś, na czym mogę się oprzeć. I dopiero wtedy, na tamtym wyjeździe, zrozumiałam, jak wiele to dla mnie znaczy.
A jeśli chorujesz na depresję?
Nie chcę, żeby ktokolwiek po przeczytaniu tego tekstu pomyślał: „Choruję, bo za mało wierzę. Bo nie mam połączenia. Bo źle dbam o swoją duchowość”.
Depresja nie jest dowodem duchowego braku ani osobistej porażki.
Można mieć głęboką wiarę i chorować. Można czuć więź ze światem i potrzebować psychoterapii, leczenia, pomocy psychiatry. Duchowość może być osobistym oparciem, ale nie powinna służyć do odkładania potrzebnej pomocy.
Piszę o niej, bo w moim życiu jest ważna. Bo widzę cierpienie związane z poczuciem odłączenia i brakiem sensu. I dlatego, że uważam, że mamy prawo zadbać również o tę część siebie - po swojemu, bez przymusu i bez obowiązku przyjmowania cudzych przekonań.
Zostawię Cię z pytaniem:
Kiedy czujesz, że jesteś częścią życia, a nie tylko próbujesz sobie z nim poradzić?
Nie musisz od razu znać odpowiedzi. Warto dać sobie chwilę, żeby ją usłyszeć.
Jeśli chcesz zostać ze sobą trochę dłużej, przygotowałam też 7 pytań do dziennika na dni, kiedy czujesz, że nie jesteś wystarczająca.
Źródło badania: Miller L., Bansal R., Wickramaratne P. i in., Neuroanatomical correlates of religiosity and spirituality: a study in adults at high and low familial risk for depression, „JAMA Psychiatry”, 2014; 71(2): 128-135. Streszczenie w PubMed.
